Tekst z cyklu poranne natchnienia na granicy słowa i tańca
Kiedyś myślałam, że rozwój polega na tym, żeby jeszcze trochę się postarać.
Jeszcze jeden kurs, jeszcze jeden sukces, jeszcze jeden krok — i wtedy wreszcie będę szczęśliwa. Tak brzmiało moje wewnętrzne „jutro”, które zawsze miało przyjść. Tylko że nigdy nie nadchodziło.
„Przez lata powtarzałam sobie: jutro będzie lepiej.
Jutro, kiedy skończę doktorat.
Jutro, kiedy jeszcze trochę się postaram.
Jutro, kiedy udowodnię, że jestem najlepsza.
To jutro nigdy nie nadchodziło.
Ciało wysyłało sygnały: bezsenność, napięcia, przemęczenie. Z zewnątrz wyglądałam na silną i poukładaną, ale w środku czułam się jak dziecko zamknięte w ciemnej jaskini.
Na jednej z sesji usłyszałam swoje własne słowa:
„Płaczę, mówiąc o tym, ile daję i jak bardzo to jest odrzucane. Chciałabym ryknąć, a piszczałam, dusiłam się od środka swoim płaczem, bólem i cierpieniem.”
Dopiero wtedy zrozumiałam, że grota, w której się znalazłam, nie jest końcem drogi. To nie był dowód na moją porażkę. Grota była miejscem, w którym po raz pierwszy mogłam naprawdę zobaczyć siebie.
I że w ciemności wcale nie jest pusto.
Jest cisza, w której wreszcie można usłyszeć własne serce.”
Moje pytanie do Ciebie:
Czy masz swoje „jutro”, które nie nadchodzi?
Co Twoje ciało próbuje Ci powiedzieć — bezsennością, napięciem, bólem, westchnieniem, którego nie wypuszczasz?
Spróbuj dziś usiąść na chwilę w ciszy i zapytać ciało: „Co we mnie naprawdę żyje?”
Nie musisz od razu szukać odpowiedzi. Wystarczy, że posłuchasz.